W dzisiejszych czasach ciężko jest oszacować wartość sprzętu na pierwszy rzut oka. Bardzo podobne pod względem konstrukcyjnym kolumny mogą być wycenione zarówno na pięć, jak i pięćdziesiąt tysięcy złotych za parę. Dwa wzmacniacze lampowe wykorzystujące identyczny zestaw szklanych baniek i dysponujące zbliżoną mocą może dzielić przepaść, którą zwykłemu zjadaczowi chleba trudno logicznie wytłumaczyć. Słuchawki? Choć uważam się za znawcę tematu, mógłbym jutro dostać do ręki nowy, nie zapowiadany jeszcze nigdzie model jednego z wiodących producentów hi-endowych nauszników i nie wiedziałbym czy kosztuje pięć, dziesięć czy dwadzieścia tysięcy złotych. Czy to oznacza, że świat oszalał? Trochę tak. Ostateczna cena sprzętu nie zawsze wynika wprost z zastosowanych w nim technologii i materiałów. Często składa się na nią wiele innych czynników. W wielu firmach testy odsłuchowe są nie tylko elementem procesu projektowania, ale też sprawdzianem przed wprowadzeniem nowego modelu do sprzedaży. Jak nasz wynalazek prezentuje się na tle konkurencji? Ile klienci będą w stanie za niego zapłacić? Ile egzemplarzy faktycznie się sprzeda? Wszystko to ma wpływ na ostateczną kwotę. Jeżeli producent uważa, że udało mu się zbudować kolumny warte pięćdziesiąt tysięcy złotych za parę, wystawi taką właśnie cenę. Jeżeli kolejny zrobi odrobinę lepsze, będzie żądał za nie sto tysięcy, a potem przyjdą kolejni i powiedzą, a co tam – milion! W tym szaleństwie warto czasem zejść na ziemię i poszukać sprzętu, który nie kosztuje majątku. Tylko gdzie?
Tutaj zaczynają się schody. Nie chcę wyjść na starego dziada, ale pamiętam czasy, kiedy w ofercie naprawdę audiofilskich firm można było znaleźć fajne głośniki podstawkowe za tysiąc złotych z kawałkiem. Wiem, bo sam od takich zaczynałem i długo wahałem się czy kupić B&W, Eltaxy, Avance czy Missiony. W przedziale od tysiąca do dwóch tysięcy złotych wybór był ogromny, a ostatecznie skorzystałem ze świątecznej promocji i kupiłem B&W DM303 za 899 zł. Poważnie. Były to monitory, które w niewielkim pomieszczeniu zupełnie swobodnie radziły sobie z każdą muzyką, oferując ponadprzeciętną jak na tę cenę przejrzystość i ciekawą przestrzeń. Dziś za te pieniądze można kupić co najwyżej surroundy. Zestawy, które z lekkim przymrużeniem oka można by było uznać za pełnopasmowe, zaczynają się od tysiąca kilkuset złotych. Najtańsze sensowne podłogówki z dwoma wooferami to dwa tysiące za parę lub więcej. A przypominam, że mówimy o konstrukcjach spełniających jakieś minimalne wymagania, niewiele powyżej poziomu supermarketowej tandety. Inflacja kontynuuje swoje dzieło zniszczenia, ale natura nie znosi próżni. Za każdym razem, gdy rynek pnie się w górę, a znani producenci dochodzą do wniosku, że nie chce im się już robić taniego sprzętu dla krajów trzeciego świata i ludzi żyjących z zasiłków, ktoś inny natychmiast podejmuje wyzwanie i wprowadza produkty obdarte z tej całej dorabianej filozofii. Mają być proste, dobre i tanie, a przede wszystkim dawać klientom to, czego w danej cenie praktycznie nie można już kupić.
Pomysły na wprowadzenie takich produktów zwykle rodzą się tam, gdzie najczęściej dochodzi do kontaktu branży audio z klientami – w salonach dealerskich lub biurach handlowców. Zanim informacja o zapotrzebowaniu na tanie i dobre głośniki zostanie wprowadzona do tabelek na komputerze zastępcy dyrektora w jednym z wielkich koncernów, sprytni dealerzy i dystrybutorzy poradzą sobie z tym problemem, znajdując sprzęt, który faktycznie będzie się sprzedawał w hurtowych ilościach. A jak nie znajdą, to sami go zrobią. Będąc jednocześnie producentem i dystrybutorem, można jeszcze bardziej obniżyć ceny i zagrać konkurencji na nosie. Powiecie, że nie jest tak łatwo zrobić dobre i tanie kolumny? Kiedy ma się do dyspozycji tylko pusty garaż, płyty wiórowe, wyrzynarkę i głośniki kupione na giełdzie elektronicznej, to nie jest. Ale jeżeli chcemy robić to na poważnie i znajdziemy fabrykę, dla której zapełnienie kolumnami dwudziestu kontenerów nie jest wyzwaniem, a raczej codziennością, wchodzimy na zupełnie inny poziom. Nierzadko są to te same fabryki, w których równolegle produkowany jest sprzęt znanych marek. Dlaczego o tym mówię? Bo niedawno jeden z największych dystrybutorów w naszym kraju dostrzegł rynkową lukę i postanowił ją wypełnić w taki właśnie sposób. Jeżeli firma mająca w swoim portfolio takie marki, jak Boston Acoustics, Canton, DALI, Eltax, Q Acoustics czy Wharfedale potrzebuje tańszych, ale porządnych głośników, coś musi być na rzeczy. Na polskim rynku pojawiła się więc marka Wilson. Nazwa jest moim zdaniem mało szczęśliwa, bo może kojarzyć się z hi-endowymi markami Wilson Audio i Wilson Benesch, a także producentem sprzętu sportowego i słynną piłką Toma Hanksa z “Cast Away”. Na razie to jednak zupełnie nieważne. Taka firma może się nazywać nawet Andrzej Acoustic. Chodzi o to, aby zgadzał się produkt i cena, a tutaj firma gra naprawdę ostro. Za 1499 zł dostaniemy u Wilsona nie monitory, ale cały zestaw kolumn do kina domowego Cinematic. Wyższe komplety Estrada, Viper, Movix i Raptor kosztują od 2299 do 2999 zł. W każdym z nich mamy parę kolumn podłogowych, dwa monitory i głośnik centralny. Do tego Wilson oferuje aktywne subwoofery, których ceny to już kompletny odlot. Droższy model SUB-10 z 10-calowym wooferem i wzmacniaczem o mocy 150 W kosztuje 1599 zł. Za taki kawał skrzyni, to bardzo uczciwa cena. Ale jeszcze ciekawszy jest mniejszy SUB-8, z 8-calowym głośnikiem i 65-W wzmacniaczem. Jego cena wynosi dziś dokładnie… 799 zł. Pytanie tylko czy to prawdziwy subwoofer, czy tylko tania zabawka? Musiałem to sprawdzić!




















SPK Cable 4.0mm (2x3m)
SPK Cable 1.5mm (15m)
Exclusive Line EL-10 
